Zostawienie tej nowej na własną rękę pośrodku radioaktywnych terenów w środku zimy może nie było najwłaściwszym posunięciem, jednak miałem pewną sprawę, którą musiałem się zająć zanim zacznę bawić się w niańkę. Ruszyłem w stronę Składu gdzie, zanim natknąłem się na nową waderę, znalazłem książkę z zaklęciami ochronnymi, dzięki którym być może uda się otoczyć tereny watahy barierą toksycznoodporną. W składzie jak zwykle panował mrok jednak mój wzrok był w stanie wszystko dostrzec. Z łatwością odnalazłem kryptę ze starymi księgami zaklęć ochronnych. Książka, którą znalazłem leżała porzucona na ziemi wśród bałaganu zwojów i kartek. Chwyciłem ją pod pachę i udałem się do mojej jaskini. Gdybym poczekał kilka godzin skład znowu by zmienił swój układ i nie znalazłbym już tego pokoju. Na zewnątrz chłodny wiatr targał moim futrem na wszystkie strony. Nie minęło wiele czasu kiedy dotarłem do polany, na której spotkałem nową waderę. Wilczyca dalej stała w tym samym miejscu. Zmarszczyłem brwi i podszedłem do niej. Lorien patrzyła dookoła zagubionym wzrokiem jakby nie wiedziała co ze sobą zrobić. Zrobiło mi się jej trochę żal.
- W porządku? - spytałem mniej obojętnym głosem niż przy naszym pierwszym spotkaniu.
- Hę? Yyy...tak. - odparła po czym jakby sobie o czymś przypomniała. - Jak masz na imię?
Brawo kretynie, nie przedstawiłeś się.
- Hurst - powiedziałem. - Too... - dodałem po chwili zastanowienia. - Może jednak cię oprowadzić?
Lorien?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz