poniedziałek, 22 lutego 2016

Od Vestarii CD Ktoś?

24601... 24601. 2 4 6 0 1 Nosz ch*lera by to wzięła! 24601! Gdzie jest ta pieprzona teczka kiedy jej potrzebuję?! Zaraz ktoś wejdzie i całą akcję diabli wezmą! 24601.

Jeszcze raz przebiegłam wzrokiem po opisach kolorowych segregatorów. Nie, nie, nie i nie! Zaklęłam pod nosem siłą powstrzymując się przed wywaleniem zawartości szafki na ziemię. Cofnęłam się na środek pokoju. Przymknęłam oczy i miarowo oddychając przez nos zaczęłam liczyć. Jeden... Dwa... Trzy... Cztery... Pięć... Wystarczy. Otworzyłam oczy i jeszcze raz rozejrzałam się po biurze. Wielkie dębowe biurko - sprawdzone. Szafki - sprawdzone. Gablotki - sprawdzone. Stos papierów w kącie - sprawdzony. Gdzie jeszcze mogą być dokumenty? Rozejrzałam się dookoła. Nic. Nigdzie nie było niczego, czego bym już nie przeglądała. Naprawdę potrzebuję tej teczki! Rozłożyłam bezradnie ręce. Gdziekolwiek ją schowali tu jej nie było. Wzięłam z biurka pęk kluczy i podeszłam do drzwi. Przyłożyłam do nich ucho uważnie nasłuchując. Cisza. Chwyciłam za gałkę i już prawie otworzyłam drzwi, kiedy po drugiej stronie coś usłyszałam. Znowu przycisnęłam ucho do drzwi. Kroki. Ktoś idzie. Odskoczyłam od wejścia i rzuciłam się w kierunku okna. Otworzyłam je i usiadłam na parapecie. Przerzuciłam nogi na drugą stronę i chwyciłam się brzegu, a potem lekko się z niego zsunęłam. Zawisłam na parapecie cztery piętra nad ziemią. Cudownie. Nad sobą usłyszałam otwieranie drzwi. Zaraz odkryją, że mieli gościa. Trzeba się zbierać. Sięgnęłam do rynny obok i mocno ją złapałam, a potem puściłam się parapetu chwytając rynnę drugą ręką. Jak najszybciej zsunęłam się po niej na ziemię. Spojrzałam do góry na okno z którego się ewakuowałam. W samą porę by zobaczyć tam strzelca. Padł strzał. Odskoczyłam. Za późno. Rozrywający ból przeszył moją nogę. Zachwiałam się czując na policzkach gorące łzy. Bardzo bolało. Ale to nie pora na takie rzeczy. Zacisnęłam zęby i utykając odbiegłam w stronę dziury w płocie. Padłam na ziemię i przeczołgałam się pod siatką. Dźwignęłam się na nogi i jak najszybciej zniknęłam z pola widzenia.

Biegłam truchtem przyciskając dłoń do rany w udzie. Moja krew powoli przeciekała mi przez palce. Z minuty na minutę czułam się słabsza i coraz bardziej senna. W końcu zaczęłam drżeć. Niedługo potem upadłam na ziemię. Podciągnęłam kolana do klatki piersiowej i odczekałam chwilę aż miną najgorsze zawroty głowy. A potem usiadłam oparta o drzewo. Wyciągnęłam z kieszeni prezent od kumpla - w miarę nową komórkę i wybrałam numer Cato.

"Czwórka czysta. Oberwałam kulkę. Jestem w lesie, nie szukajcie"

Nacisnęłam "wyślij" i poświeciłam sobie ekranem na ranę. Wyglądała paskudnie. Po krótkiej chwili otrzymałam wiadomość. Odczytałam ją.

"Boże, Vest! Nie zabij się. Znajdź pomoc. Wyliżesz się z tego! Musisz!"

Uśmiechnęłam się do ekranu.

"Jak zawsze szefowo ;) Dam znać kiedy będę jak nowa. Bez odbioru."

Wysłałam wiadomość i schowałam telefon. Westchnęłam. I kogo ja oszukuję? Wykrwawiam się w lesie do cholery jasnej! W zimie! Nie mam szans przeżyć. Czułam się wyczerpana. Na tyle, że kiedy głowa bezwładnie poleciała mi na bok nawet nie próbowałam jej podnieść. Wydawało mi się nawet, że wyraźnie czułam jak oczy zachodzą mi mgłą. Żegnaj świecie. I tak nie będę tęsknić. Ostatnie co zobaczyłam to, czyjaś sylwetka w ciemności. A potem oczy same mi się zamknęły i nastała ciemność.

<Ktoś? :3 >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz